28.01.2017

[RECENZJA] "Making Faces" - Amy Harmon

W małym, cichym miasteczku mieszkała grupa przyjaciół. Wśród nich Ambrose Young — błyskotliwy i śmiały, młody zapaśnik ze sporymi szansami na sportową karierę. Nic dziwnego, że nie zwrócił uwagi na Fern Taylor. Zawsze miła i pogodna, nie rzucała się w oczy. Nie zauważył, że obdarzyła go uczuciem szczerym i silnym — to dla niego za mało.
Ich wspólna historia mogłaby nigdy nie powstać, gdyby pewnego dnia nie wybuchła wojna. Ambrose wraz z czterema przyjaciółmi z miasteczka wyruszył do Iraku. Wrócił sam, ciężko ranny. Stracił nadzieję, ale nie Fern. Jej uczucie do niego wciąż trwało, choć już wkrótce okazało się, że miłość do mężczyzny ze złamaną duszą nie jest prosta.
To historia małego miasteczka, piątki przyjaciół i opowieść o wojnie, z której wrócił tylko jeden. To piękna bajka o miłości jak z kart romansów, o zwykłej dziewczynie, która pokochała zranionego wojownika. Tej historii nie można było piękniej napisać.
Czy masz odwagę spojrzeć w utraconą twarz?






Tytuł: Making Faces
Autor: Amy Harmon
Wydawnictwo: Editio Red
Liczba stron: 344

Zebranie myśli przed napisaniem tej recenzji kosztowało mnie kilkadziesiąt głębokich oddechów i dwie nieprzespane noce. I to nie dlatego, że miałam wielkie oczekiwania, a autorka boleśnie mnie zawiodła. Wręcz przeciwnie. Nie doceniłam Amy Harmon. Moje oczekiwania były duże, ale niewystarczające. Bo to, co dostałam całkowicie powaliło mnie emocjonalnie. Na łopatki, na kolana, na twarz. Oto książka, która trafia na złotą listę najlepszych z najlepszych! Chcecie wiedzieć dlaczego? Koniecznie przeczytajcie recenzję! 

Amy Harmon jest autorką bestsellerów, mówcą motywacyjnym, nauczycielką i matką. Dorastała w wiejskiej okolicy, a pisanie od zawsze sprawiało jej ogromną przyjemność. Jej książki opublikowano w siedmiu krajach, zdobyły wiele nagród i wyróżnień (Wall Street Journal Bestseller, New York Times Bestseller, Whitney Award, Swirl Award i wiele innych).

Fern Taylor nigdy nie była specjalnie lubiana i popularna. Figura dwunastoletniej dziewczynki, burza rudych loków, duże okulary i aparat ortodontyczny sprawiły, że chłopcy tacy jak Ambrose Young na zawsze pozostawali w sferze jej niedoścignionych marzeń. Bo Ambrose był szkolną, a właściwie lokalną gwiazdą zapasów, który miał przed sobą świetlaną przyszłość w tym sporcie. Fern skrycie kochała Ambrose'a, lecz on nie zwracał na nią uwagi. Ku zdumieniu wszystkich, chłopak zmienił plany i zamiast iść na studia, to zaciągnął się do wojska. A wraz z nim jego czterej przyjaciele. Gdy po wielu miesiącach na misji Ambrose wrócił sam, wówczas nie przypominał już tego przystojnego, beztroskiego chłopaka... Stał się wyrzutkiem, a tylko Fern i jej kuzyn Bailey nie byli w stanie opuścić Ambrose'a...


Amy Harmon jest autorką o niewyobrażalnym talencie. Ta kobieta robi z emocjami czytelnika takie rewolucje, że po zakończeniu przygody z jej bohaterami ciężko dojść do siebie. Jej poprzednie, wydane w Polsce powieści - "Prawo Mojżesza" i "Pieśń Dawida" - naprawdę bardzo mi się podobały. Tyle, że "Making Faces" kładzie na łopatki nie tylko te dwie, wymienione wyżej powieści, ale także wszystkie inne. Nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić w czym tkwi sekret tej historii. Opowieść o Fern i Ambrosie to prawdziwa perła. Przed laty inna powieść o żołnierzu i zakochanej w nim dziewczynie wstrząsnęła mną do głębi. Dziś nie wyobrażam sobie, żeby tamta książka mogła konkurować z "Making Faces". To jest unikat, którego nie sposób podrobić! 

Z trybun dało się słyszeć stłumione westchnienie. Nie dlatego, że Ambrose śpiewał źle, lecz dlatego, że robił to wspaniale. Głos Ambrose'a Younga idealnie pasował do jego doskonałej całości. Był aksamitny, głęboki i bogaty. Gdyby czekolada umiała śpiewać, to brzmiałaby właśnie jak Ambrose Young.

Gdy po raz pierwszy przeczytałam opis fabuły, to pomyślałam sobie, że autorka postanowiła sięgnąć po schemat, kiedy to brzydka dziewczyna zakochuje się nieszczęśliwie w pięknym chłopaku. Oczywiście Amy Harmon nie pozwoliła sobie na bycie typową. Oczywiście po raz kolejny wyszła poza wszelkie ramy, poza zwykłe emocje, poza proste problemy i proste rozwiązania. Postanowiła zdruzgotać czytelnika doszczętnie i uczyniła to na zaledwie trzystu czterdziestu stronach. Niemożliwe? A jednak?
Ta powieść daleka jest od słodko-gorzkiego love story. Oprócz wątku na linii Fern-Ambrose, mamy wątek Fern-Bailey. A kim jest Bailey? To przyjaciel i kuzyn głównej bohaterki. Nie, nie jest gejem (bo tak zazwyczaj w książkach bywa). Bailey to nieuleczalnie chory chłopak - cierpi na dystrofię mięśniową Duchenne'a. Jego ojciec jest trenerem szkolnej drużyny zapaśników. A sam Bailey jest człowiekiem unikatowym! Bohaterem nie tylko tej powieści, lecz bohaterem życia! Choroba z roku na rok odbiera mu siły, a on potrafi się śmiać, potrafi żartować, czerpać radość z małych rzeczy, troszczyć się o najbliższych i kochać bezgranicznie. To właśnie Bailey, ten pokrzywdzony przez los chłopak, jest najjaśniejszym promykiem w tej smutnej historii.

Nawet jak cię nie ma obok, to widzę tylko ciebie. Myślę tylko o tobie. Chciałabym się dowiedzieć, czy twoje serce jest tak piękne jak twoja twarz. Czy twój umysł jest tak fascynujący jak gra mięśni pod twoją skórą? Czy to możliwe, że czasami też o mnie myślisz?

Zapewne każdy z nas mniej lub bardziej dokładnie pamięta dzień zamachu na World Trade Center. To wydarzenie na zawsze zmieniło Amerykę. To wydarzenie wpłynęło na życie milionów ludzi. To wydarzenie odebrało życie wielu żołnierzom, którzy wyjechali na misję. Amy Harmon postanowiła naznaczyć "Making Faces" wspomnieniem o tym zamachu. Pokazała czytelnikowi młodego chłopaka, który był w szkole beztroski, popularny i fenomenalny w sporcie, który miał powodzenie u dziewczyn i mnóstwo powodów do radości. Fascynujący był moment przejścia z życia beztroskiego do życia żołnierza wysłanego na misję, gdzie walka o kolejny dzień stanowiła istotę istnienia.
Podczas czytania tej powieści zastanawiałam się, co jest dla mnie (we mnie samej) najważniejsze. Próbowałam sobie wyobrazić, że to tracę i odpowiedzieć na pytanie, jak mogłabym dalej żyć? Wojna odebrała Ambrose'owi wszystko... Wszystko poza miłością brzydkiej, dziwnej, małej Fern. Fern, która pisała do niego listy, zadawała mu dziwne pytania i cytowała Szekspira. 

Jeśli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie? Czy stworzył nogi, które nie chodzą, i oczy, które widzą źle? Czy kręci loki na mojej głowie, tworząc z nich dziką burzę? Czy zatyka uszy głuchemu, robiąc to wbrew ludzkiej naturze? Czy mój wygląd to przypadek, czy okrutne zrządzenie losu? Czy mogę obwiniać Go za to, czego u siebie nie znoszę? Za wady, które mnie prześladują w najgorszych snach, za brzydotę, której nie znoszę, za nienawiść i za strach? Czy czerpie z tego jakąś przyjemność, że wyglądam aż tak źle? Jeśli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie?

Przeżyłam tę historię głęboko, całą sobą, ciałem, duszą, myślami. Utożsamiłam się z bohaterami, pokochałam ich, cierpiałam razem z nimi, cieszyłam się, gdy i oni się cieszyli. "Making faces" wniknęło we mnie, zaabsorbowało mnie bez reszty, pochłonęło w stu procentach, nie pozwoliło się oderwać nawet na moment. Nie spodziewałam się, że to będzie aż tak wstrząsająca, tak fenomenalna, głęboka i poruszająca lektura. Nie spodziewałam się, że ta powieść stanie się moim bezwzględnym numerem jeden. 
Kocham tę historię za tak wiele, ale chyba najbardziej za to, jak autorka ukazała uczcie początkowe i nieodwzajemnione, które przez lata przeistoczyło się w miłość dojrzałą. Zachwyciła mnie siła pasji, chęć walki, wielkie nadzieje i zamiłowanie do sportu. Poruszyła mnie głębia bólu, ogrom straty i intensywność tęsknoty. Wstrząsnęło mną odrętwienie, które odczuwa się po śmierci bliskiej osoby. Nie mogę przestać myśleć o tym, jak znaczący jest tytuł tej historii. Początkowo można go w ogóle nie rozumieć lub tylko myśleć, że się rozumie. Ale "Making Faces" jest czymś znacznie większym, niż się może wydawać. Tu wszystko zostało przemyślane i dopasowane... nie tylko tytuł książki, ale także tytuły rozdziałów, kolejne wydarzenia, każda emocja... 
Siła przyjaźni w tej historii jest tak wielka, że nie sposób nie uronić łzy. Wzruszyłam się przy czytaniu "Making faces" tak wiele razy, że nie jestem w stanie tego zliczyć. Uwielbiam dojrzałość, z jaką Amy Harmon podeszła do tematu wojny i bycia żołnierzem na misji. Uwielbiam niezliczoną ilość przepięknych cytatów, które można znaleźć w tej powieści (a później wytapetować sobie nimi pokój, żeby ich nigdy nie utracić). Opowieść Fern i Ambrose'a ma nieopisaną wartość. Tę książkę powinien przeczytać każdy człowiek i każdy, niezależnie od wszystkiego, znalazłby w niej coś dla siebie. Nie ma możliwości, żeby pozostać obojętnym przy tej książce. Nie ma możliwości, by ją zapomnieć i później o niej nie myśleć. 
Jeśli są jakieś słowa, którymi chciałabym podsumować "Making Faces", to brzmią one tak: "(...)  Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma"*. Pozwólcie sobie pokochać cudownego Ambrose'a i wspaniałą Fern. Jestem pewna, że nigdy ich nie zapomnicie. Oto najlepsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytałam.
Moja ocena: 10/10 - chociaż w tym wypadku jest to 11/10

* fragment 1 Listu do Koryntian (1 Kor 13) - Hymn o miłości



Myślę, że ludzie tacy właśnie są. Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek w brodzie. Te cech zaczynają się zamazywać, a ty nagle widzisz kolory i to, co się kryje w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia. 





Za możliwość poznania tej przepięknej historii dziękuję wydawnictwu Editio Red.


***

Poznaliście już twórczość Amy Harmon? Czy planujecie sięgnąć po "Making Faces"? Udało mi się Was zainteresować? Koniecznie dajcie znać w komentarzach! 


11 komentarzy:

  1. Wow! Muszę się w końcu zabrać za twórczość tej autorki, bo o wszystkich jej książkach tyle dobrego słychać <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow ;P Też mam ją za sobą i byłam równie zachwycona jak Ty :) Piękna, cudowna, niesamowita historia chwytająca za serce :) Amy Harmon nie zawodzi - czekam na więcej!
    Pozdrawiam :)
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Ech! Tak sobie czytam Twoją recenzję i tak mi smutno, że na mnie ta książka nie zrobiła tak wspaniałego wrażenia. Chociaż, im więcej czasu minęło od zakończenia lektury, tym cieplej ją odbieram, ale wciąż uważam ją za gorszą niż "Prawo Mojżesza'/

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałam "Prawa Mojżesza" i nie miałam zamiaru sięgać po "Making Faces", ale po przeczytaniu Twojej recenzji już nie jestem tak o tym przekonana. Bardzo lubię, gdy w książkach pojawiają się tacy napawający nadzieją bohaterowie jak Bailey, poza tym wątek ofiar zamachu na WTC też wydaje się być dość nietypowy. Wprawdzie w najbliższym czasie nie sięgnę, ale nie będę całkowicie skreślać tej książki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Po takiej rekomendacji tej książki, mam ochotę ją od razu przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie spotkałam się jeszcze z tą autorką, ale książka laduje na liście "do przeczytania" ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. W pełni się z Tobą zgadzam. Moja recenzja wkrótce na blogu :) Miłego dnia :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo podobała mi się ta książka :) Cieszę się bardzo, że tobie też przypadła do gustu. Dla mnie to ulubiona książka tej autorki, choć dwie poprzednie były równie dobre :)

    Pozdrawiam, Jabłuszkooo ♥
    SZELEST STRON

    OdpowiedzUsuń
  9. Żałuję, że przeczytałam Twoją recenzje. Żałuje. ponieważ teraz jeszcze bardziej chcę tę książkę! Bardzo:)

    OdpowiedzUsuń
  10. WOW. Zaskoczyłaś mnie. I zgadzam się z Agneszką... teraz też chcę przeczytać! Ale okładkę ma kiepską :(

    OdpowiedzUsuń