20.10.2016

[TOP 5] Filmy, które są lepsze niż ich literackie pierwowzory


Hej, hej! Jakiś czas temu na moim blogu mogliście przeczytać post o książkach, których ekranizacje bardzo chciałabym zobaczyć. Na Facebooku pewna osoba zaproponowała mi, żebym stworzyła wpis po części odwrotny, a mianowicie napisała o filmach, które były lepsze niż ich literackie pierwowzory. Przez kilka dni zastanawiałam się nad potencjalnymi typami i ostatecznie wybrałam pięć. Przypuszczam, że wiele osób się ze mną nie zgodzi w pewnych przykładach, ale zaznaczam, że książki i ekranizacje, które zaprezentuję Wam w tym wpisie są moim subiektywnym wyborem, a każdy z Was ma prawo uważać inaczej i będzie mi bardzo miło, jeśli w komentarzu wyrazicie swoje zdanie. :) 
Nie przedłużając, zapraszam na ranking pięciu filmów, które są lepsze niż ich literackie pierwowzory! 


5. 

W przypadku "Zaginionej dziewczyny" było tak, jak być powinno. Najpierw wymęczyłam książkę (zajęło mi to dwa miesiące), a później obejrzałam film. Wiem, że ta powieść zachwyciła ludzi na całym świecie, wiem, że była hitem i ja niestety podeszłam do tej lektury właśnie tak: jak do wielkiego literackiego hitu. Zawiodłam się strasznie, bo tak przegadanej powieści nigdy wcześniej i, jak do tej pory, nigdy później nie czytałam. Miało być zaskakująco, przerażająco i zdumiewająco, a było nudno, męcząco i przewidywalnie. Do obejrzenia filmu namówił mnie Narzeczony i cieszę się, że to zrobiłam, bo dzięki ekranizacji mogłam spojrzeć na tę historię nieco łagodniejszym okiem. Autorkę poniosła wyobraźnia, jeśli idzie o zakończenie książki, a w filmie producenci nieco złagodzili te wszystkie "zaskakujące" przerysowania Flynn. Podobało mi się, jak Rosamund Pike zagrała Amy Dunne. Była bardzo wiarygodna i oddana roli. Książka powinna być krótsza o jakieś 200 stron. Reżyser zrobił przysługę Gillian Flynn i z dobrym skutkiem powycinał jej przegadanie. 


4. 

Ludzie rozpisywali się, jak bardzo wzruszyła ich książka "Gwiazd naszych wina" i jak wiele łez wylali przy tej lekturze. A ja, jako osoba bardzo emocjonalna i często płacząca przy książkach lub na filmach, uzbroiłam się w wagon chusteczek do lektury. Czytałam i czytałam, czekałam na emocjonalne "bum", a tego "bum"... nie było. Nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy po prostu autor nie postarał się odpowiednio, ale ja naprawdę na książce nie uroniłam ani jednej łzy. Przeczytałam, odłożyłam na półkę i tyle. Z filmem było inaczej, bo podobał mi się, a końcówkę przepłakałam i do dziś pamiętam te emocje. Shailene i Ansel byli idealnie dobrani do ról i wiarygodnie oddali specyfikę całej historii. Producenci postarali się znacznie bardziej niż autor. Po prostu.


3. 

Grey... to Grey. Ikona literatury erotycznej, która zebrała tyle samo pozytywnych opinii, co negatywnych. A być może tych negatywnych było nawet więcej. W każdym razie ja po książkę sięgnęłam na długo przed tym, zanim cała Polska zaczęła szaleć lub "hejtować" tę historię. Lektura "Pięćdziesięciu twarzy Greya" zajęła mi niespełna dwa dni. To było coś nowego, czego dotąd nie znałam i przyznaję, że się wkręciłam. Przy okazji poznałam uczucie irytacji, gdy Wewnętrzna Bogini dochodziła do głosu i dowiedziałam się, jak NIE POWINNO SIĘ PISAĆ SCEN EROTYCZNYCH. W każdym razie oczekiwałam filmu i tak samo jak wszyscy byłam ciekawa, kto zostanie tytułowym Greyem. Moim faworytem od zawsze i na zawsze pozostanie Matt Bomer, lecz Jamie Dornan udowodnił, że ma naprawdę olbrzymi potencjał. Film oglądałam z zapartym tchem i ogromną przyjemnością. Producenci wykonali kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o kreację Any Steele, bo oszczędzili widzom wątpliwej przyjemności wysłuchiwania gadaniny Wewnętrznej Bogini, a głupia główna bohaterka z literackiego pierwowzoru zamieniła się w filmie w uroczą główną bohaterkę z ekranizacji. Dakota Johnson zagrała bardzo dobrze i pozwoliła mi zapomnieć o Anie z książki. A muzyka do filmu... po prostu niebo dla uszu!  


2.

Czy jest ktoś, kto chociaż raz nie oglądał "Szkoły uczuć"? Ja ten film widziałam już kilka razy i zawsze tak samo na nim szlochałam. To było prawdziwe emocjonalne uderzenie, a pomimo upływu lat "Szkoła uczuć" nadal wpływa na mnie w ten sam sposób. Po książkę sięgnęłam później i byłam przygotowana na mocne przeżycia, bo to przecież piękna historia i do tego stworzona przez samego Nicholasa Sparksa. Uwaga... nie do końca. Książka była bardzo, ale to bardzo przeciętna. Przeczytałam ją w jeden czy dwa dni (nie pamiętam dokładnie), po czym poczułam zalewające mnie rozczarowanie i odłożyłam na półkę. Nie uroniłam jednej łzy, nie westchnęłam. Nic. Po prostu nic. Zdecydowałam, że tę historię chcę przeżywać tylko w wersji filmowej, a nigdy więcej w książkowej.


1. 

Możliwe, że ten wybór Was oburzy, ale już wyjaśniam swoje stanowisko... "Love, Rosie" to powieść epistolarna, która swe pierwsze wydanie miała pod tytułem "Na końcu tęczy". Tę powieść Cecelii Ahern pożarłam dosłownie na raz, bo czytało się ekspresowo i nie obyło się bez wzruszeń. Była zachwycona i oceniłam tę książkę bardzo wysoko, ale mój entuzjazm nieco oklapł, gdy obejrzałam film... Po pierwsze: kocham szczerze Sama Claflina, a on wcielił się w Alexa. Po drugie, Lily Collins dosłownie powaliła mnie na łopatki tym, jak zagrała Rosie. Obejrzałam ten film raz, a po skończeniu załączyłam go od nowa... Do dnia dzisiejszego widziałam go już pewnie kilkadziesiąt razy i zawsze działa na mnie tak samo. Film sprawił, że powieść przestała mnie tak zachwycać, bo jej epistolarny charakter zrobił tylko tyle, że ta historia, która przecież jest przepiękna, nie została oddana należycie. Czytelnik nie mógł być obecny w najważniejszych momentach Alexa i Rosie, a jedynie dowiadywał się o nich z listów czy maili. Film pozwolił nam to wszystko przeżyć, wszystko zobaczyć. Książka okazała się niepełna i straciła w moich oczach, gdy filmowi Alex i Rosie zdobyli moje serce raz i na zawsze. 



A czy Wy znacie jakieś filmy, które były znacznie lepsze niż ich literackie pierwowzory? Koniecznie napiszcie mi w komentarzach! 


24 komentarze:

  1. Oglądałam tylko filmy, z tych tytułów, które wymieniłaś. Na "Szkole uczuć" i "Gwiazd naszych wina" płakałam przeogromnie. Uwielbiam te filmy :)
    Pozdrawiam! Dolina Książek

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się, że film "Szkoła uczuć" jest lepszy od książki. Za każdym razem płaczę jak go oglądam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Love, Rosie w stu procentach popieram! Mi ogólniej książka bardzo się nie podobała stylem jakim została napisana, ale film urzekł mnie od razu. Często do niego wracam, naprawdę go lubię! :)

    Pozdrawiam, Jabłuszkooo ♥
    SZELEST STRON

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się całkowicie co do Gwiazd naszych wina - książka była okay, ale nigdy więcej po nią nie sięgnę (no i nie wylałam ani jeden łzy czytając), ale film rozłożył mnie na łopatki i na pewno jeszcze nie raz go obejrzę. A Love Rosie...książki nienawidzę, a film był taki sobie, chociaż uwielbiam głównych aktorów.
    Pozdrawiam :)
    moonybookishcorner.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Absolutnie zgadzam się co do Gwiazd Naszych Wina, film wzbudził we mnie ogromne emocje, których zabrakło mi w książce; już od połowy zanosiłam się płaczem, a podczas czytania nie uroniłam ani jednej łzy. Szkołę uczuć oczywiście oglądałam i to wielokrotnie, zawsze się wzruszam, ale pierwowzoru nie czytałam, więc trudno mi się wypowiedzieć. W ogóle widziałam nie Al wszystkie filmy na podstawie powieści Nicholasa Sparksa, a nie czytałam żadnej xD Love, Rosie za to czytałam i to była dla mnie średnia lektura, w połowie miałam już dość rozstań i powrotów. Film znajduje się na mojej liście must watch, bo Sam Claflin <3

    Books by Geek Girl

    OdpowiedzUsuń
  6. 2 i 3 - całkowicie się zgadzam, Grey to poza tym całkiem niezły film (w swojej kategorii i w porównaniu z książką :D ). "Gwiazd naszych wina" podobała mi się chyba trochę bardziej w wersji ksiązkowej, a "Zaginiona dziewczyna" na papierze mnie oczarowała. Film za to... Był średni. "Love Rosie" jedynie oglądałam, więc nie mam porównania ;)
    Generalnie uważam,że Sparksa lepiej się ogląda niż czyta - nie przepadam za jego książkami, ale ich ekranizacje baaaaardzo lubię.

    Pozdrawiam,
    Paulina z naksiazki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. "Jesienna miłość" znacznie bardziej trafiła do mnie jako książka niż film. Chociaż może jest to spowodowane tym, że film po raz pierwszy obejrzałam kilka lat temu, w tym roku zabrałam się za książkę i już niewiele pamiętałam, więc nie miałam jak porównywać. Dzięki Tobie chyba odświeżę sobie "Szkołę uczuć".
    Co do "Love, Rosie" - jeszcze nie czytałam, ale jestem absolutnie zakochana w filmie, który totalnie mnie rozbił.
    Dla mnie np. o wiele lepszy od książki był film "Próby ognia" na podstawie książki Jamesa Dashnera o tym samym tytule. Powieść odczułam jako naciąganą, nudnawą i dosyć specyficzną.
    Pozdrawiam cieplutko,
    gabRysiek recenzuje

    OdpowiedzUsuń
  8. Zgadzam się co do Greya. Film jest o niebo lepszy od książki, bo widz nie jest świadomy, jaką puszką Pandory są myśli Anastasii. :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Z tego co przeczytałam jesienną miłość i trpochę greya. jesienna milość książka jest tragiczna po prostu :) zaś film genialny.

    OdpowiedzUsuń
  10. Niestety, nie czytałam żadnej z tych książek, ale oglądałam większość ekranizacji. Szkoła Uczuć pięęęękny film :)

    OdpowiedzUsuń
  11. O Boże, w końcu znalazłam kogoś, kto tak jak ja uwielbia i NAŁOGOWO ogląda "Love, Rosie"! *o* Ostatnio jak miałam 'oglądać' go przez skype ze znajomym, to jak mi na telefonie nie chciał współgrać obraz to siedziałam z zamkniętymi oczami i wsłuchując się w dźwięk miałam sceny przed oczami :D Tak, to chyba uzależnienie :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak zobaczyłam tytuł tego posta, to pierwsze, o czym pomyślałam, było Love, Rosie, także tego... :D
    Malwina

    OdpowiedzUsuń
  13. Szkoła uczuć to jeden z moich najukochańszych filmów, jakoś strasznie się z nim utożsamiam, i zawsze będę wracać, bo działa na mnie za każdym razem tak samo. Książkę przeczytałam kilka miesięcy temu i faktycznie nic szałowego, chociaż ja się trochę tego spodziewałam, bo nie lubię Sparksa i dałam mu ostatnią szansę właśnie na pierwowzór ulubionego filmu. Love Rosie znam tylko w wersji filmowej, gdyż do książki mnie nie ciągnie, ale te dwie godziny, które poświęciłam na seans, były niesamowite! Dużo śmiechu, czasem dwuznacznych żartów i mnóstwo emocji <3 Co do GNW-Książka mnie nie zachwyciła i film w sumie też nie, ale ten drugi był dla mnie bardziej realistyczny, bardziej emocjonalny i w ogóle bardziej. Książka okej, ale bez szału :D

    OdpowiedzUsuń
  14. "Love, Rosie"- film oglądałam już trzy razy. Książkę zaczęłam raz i odłożyłam po kilku stronach chyba na zawsze. Więc zdecydowanie się z tym wyborem zgadzam. I też umieściłabym go (akurat celowo) na pierwszym miejscu :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Poza Greyem niczego nie oglądałam, więc chyba już czas zasiąść przed TV :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Czytałam i oglądałam jedynie Greya i szczerze przyznam, że film niestety nie spełnił moich oczekiwań. Był jak dla mnie zbyt ugrzeczniony :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Oglądałam tylko Greya. Ostatnio jakoś nie po drodze mi z filmami, a już zwłaszcza z ekranizacjami. Sama nie wiem czy się z Tobą zgodzę, że film jest lepszy, czy nie. Ani jedno, ani drugie mnie nie zachwyciło, myślę, żesą na podobnym poziomie.
    szczerze-o-ksiazkach.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  18. GNW i Love Rosie podobały mi się zarówno w książkowej, jak i w filmowej wersji. Może nawet ciut bardziej w tej papierowej. Ja do tej pory obejrzałam jedną ekranizację, która spodobała mi się bardziej od książki, a był to "Dawca". Film był świetny! Książka też, ale jednak parę rzeczy mi przeszkadzał jak np. wiek bohaterów, a w filmie wydawało mi się to lepiej zrobione.
    Pozdrawiam! ;)
    recenzjeklaudii.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  19. Oglądałam i czytałam "Love, Rosie" i [podobał mi się zarówno film, jak i książka, ale chyba faktycznie film jest troszkę lepszy, bo jak wspomniałaś był bardziej emocjonalny, a książka przez swoją formę nie wzbudziła tyle emocji.
    Poza tym oglądałam film "Pułapka uczuć", który uwielbiam, ale nie czytałam książki i nie wiem czy przeczytam.
    Jeśli chodzi o "Zaginioną dziewczynę" to posiadam książkę i zapewne kiedy ją przeczytam, to obejrzę ekranizację, ale nie mam pojęcia kiedy to się stanie ;)
    Ja w podobnym zestawieniu na pewno podałabym "Pokutę". Książka była momentami bardzo nużąca - początek i zakończenie były najlepsze. Natomiast film to klasa - gra aktorska, muzyka, zdjęcia i oddanie wszystkiego co najlepsze w powieści. Oglądałam z przyjemnością i niesamowicie przeżywałam wszystkie wydarzenia.
    Pozdrawiam serdecznie!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  20. Zaginionej dziewczyny jeszcze nie czytałam (ale mam w planie), ani nie oglądałam. Powieść Sparksa czytałam i oglądałam, i nie wiem, które z nich było lepsze, obie były w sumie na równi. Love Rosie czytałam, ale nie miałam okazji jeszcze obejrzeć. Gwiazd naszych wina czytałam i oglądałam i tutaj zdecydowanie ekranizacja przebija książkę, a co do Greya, jedno i drugie było w porządku.

    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do siebie w wolnej chwili. ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Co do Greya i Zaginionej Dziewczyny zgadzam się w stuprocentach, bo książki faktycznie nie zachwyciły mnie na tyle jak to zrobiły ich ekranizacje :) Wydaje mi się, że wierną adaptacją filmową jest cała seria o Harrym Potterze Rowling :) Wiadomo, książka daje pole wyobrażeniom jednak filmy, które powstały w oparciu o serię o młodym czarodzieju są genialne i moim zdaniem czasem lepiej dopracowane. Trudno było sobie wyobrazić niektóre zwierzęta, a film nam to umożliwił :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  22. Ha... nieczęsto się zdarza, abym prawie wszystkie książki z jakiegoś zestawienia mogła skomentować, a tu i o filmach mowa. ;) Zgadzam się z Tobą co do ekranizacji "GNW". Jest lepsza niż książka. Dobra "Love, Rosie" też, ale to wynika akurat ze specyfiki. Obraz i dźwięk nieraz potrafią łatwiej poruszyć emocje niż słowo pisane i na tym polega wygrana filmów nad książkami. Natomiast filmy często nie przekazują wszystkiego, co nieraz było istotne w książce. Takie są moje odczucia odnośnie GNW. "Szkoła uczuć"? Uwielbiam zarówno książkę, jak i film, ale w moje ręce najpierw trafiła książka. Za to "Pamiętnik" Sparksa raz mnie zauroczył, a przy kolejnym czytaniu czułam się zawiedziona. Film natomiast wzrusza mnie każdorazowo. :) Grey. Książki nie czytałam. Jedynie fragment. Blee... Jeśli zaś chodzi o film to jest to taki sam gniot jak książka. Film obejrzałam... niestety. ;)

    OdpowiedzUsuń
  23. Przy Love Rosie muszę się zgodzić. Książka była okey, ale brakło w pewnych momentach wejrzenia w umysły bohaterów. Te skrawki wiadomości nie do końca oddawaly charakter historii. Pamiętam, że najbardziej brakowało mi szczegółów przy *spoiler!* zdradzie Rosie. Jakoś w tych wiadomościach było to delikatnie nakreślone wręcz ZA delikatnie.
    Przy Gwiazd Naszych Wina muszę powiedzieć - ani jedno ani drugie mnie nie powaliło. Jednak gdybym miała wybierać również zdecydowałabym, że film jest lepszy. Przy nim się wzruszyłam, natomiast w trakcie czytania pozostawałam obojętna. Pozdrawiam, Wielopasja

    OdpowiedzUsuń
  24. Zgadza się co do " Gwiazd naszych wina". Chociaż nie płakałam ani na książce ani na filmie, to ekranizacja podobała mi się bardziej.
    Pozdrawiam, Ola
    bookwithhottea.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń