24.08.2016

[RECENZJA PRZEDPREMIEROWA] "Zdradzony błękit" - Sławomir Fryszkiewicz

Przypadkowe spotkanie, a może uknuta w szczegółach intryga?

Paweł jest trzydziestokilkuletnim nauczycielem języka angielskiego.
Świeżo po rozwodzie nie bardzo umie się odnaleźć w nowej rzeczywistości.
Został mu jeszcze miesiąc wakacji, więc postanawia wyjechać do Krakowa.
W pociągu spotyka atrakcyjną blondynkę, która składa mu dziwną propozycję - chce, żeby wysiadł z nią na najbliższej stacji gdzieś w Polsce.
Początkowo nie zgadza się, ale ostatecznie opuszcza razem z nieznajomą pociąg, pchany jakąś niezrozumiałą siłą.
Czas pokaże, czy była to słuszna decyzja...













Tytuł: Zdradzony błękit
Autor: Sławomir Fryszkiewicz
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 94


Nigdy nie sądziłam, że nadejdzie taka chwila, gdy jakaś książka doprowadzi mnie do szewskiej pasji. Gdyby właśnie teraz ktoś krzyknął, że na drugim końcu świata palą książki na stosie, to ja wzięłabym pod pachę "Zdradzony błękit" i pobiegła bez chwili zastanowienia, by wrzucić w płomienie ten debiut. Zapraszam na recenzję najgorszej książki, jaką kiedykolwiek czytałam. 

Paweł rozwiódł się miesiąc temu. Nie do końca wie, jak sobie poradzić z rozstaniem, więc postanawia wsiąść do pociągu i pojechać do Krakowa, by spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi. W przedziale poznaje tajemniczą, urodziwą kobietę, która proponuje mu, żeby wysiadł z nią na najbliższej stacji. On się zgadza. Trafiają do pensjonatu, gdzie Paweł ma szansę wkroczyć do prywatnego życia nowo poznanej kobiety...


Chciałabym udzielić Wam jakichkolwiek informacji o autorze, lecz niestety żadnych nie posiadam. Przejdę więc do mojej opinii o jego książce, albo może raczej książeczce. 94 strony. Tyle wystarczyło, bym popadła w furię, bym zmarnowała półtorej godziny, bym znienawidziła ten debiut tak bardzo, że mam ochotę bez ogródek pluć teraz jadem. Zacznę od początku...
Pierwszym, co zwróciło moją uwagę to tytuł. Tajemniczy i intrygujący. Następnie opis, bo i on wydał mi się ciekawy. Później przyszło pierwsze rozczarowanie, gdy książka okazała się tak cienka, a ja od razu pomyślałam: "Czy na 90 stronach można wykorzystać potencjał, którego przedsmak daje opis na tyle okładki?". Teraz dziękuję Bogu, że ten debiut nie był dłuższy, bo prawdopodobnie bym nie dotrwała...
Sławomir Fryszkiewicz wydumał sobie pomysł, ale chyba nie zastanowił się czy jego książka ma być romansem, czy thrillerem, albo czymkolwiek innym... Wpadł mu do głowy jakiś Paweł, jakaś Karolina, jakaś Małgosia i jakaś Alicja. Pociąg, pensjonat i łowienie ryb. Możliwe, że przecenił swoje możliwości i zamiast napisać powieść, to napisał streszczenie tego, co sobie wymyślił. Najzwyczajniej w świecie opisał swój pomysł, wkleił kilka beznadziejnych dialogów i voilà! Kto powiedział, że pisanie książek jest trudne?
Nie mam zielonego pojęcia o co autorowi chodziło, dlaczego w ogóle wpadł na pomysł, żeby coś takiego napisać i co go podkusiło, żeby to wysyłać do wydawcy?! Przecież "Zdradzony błękit" to jedno wielkie NIC! Zero fabuły, bohaterowie płascy jak kartka, styl którego nie ma... Ta książka (bo powieścią jej nie nazwę) jest idealnym dowodem na to, że do pisania jednak trzeba mieć talent. Nie wystarczy usiąść, napisać kilkaset zdań totalnego bełkotu o niczym i wysłać do wydawnictwa. Pan Fryszkiewicz popełnił spory błąd, bo książki takie jak te przyczyniają się do tego, że ludzie nie czytają. Gdybym ja była osobą nieczytającą i poszłabym do biblioteki z zamiarem wypożyczenia sobie pierwszej książki, po czym natrafiłabym na "Zdradzony błękit", to za żadne pieniądze świata już bym nigdy nie sięgnęła po coś innego, bo żyłabym w przekonaniu, że wszystkie książki są tak płaskie, żenujące i beznadziejne jak ta. Nie potrafię Wam streścić fabuły, a tym bardziej nie jestem w stanie sprzedać Wam żadnego spojlera, bo tu po prostu nie ma czego zaspojlerować. A bohaterów opisać mogę krótko: Paweł - rozwodnik, Karolina - pani z pociągu, Gosia - córka Karoliny, Alicja - siostra Karoliny. Koszmar! 
Straciłam cenne półtorej godziny na przeczytanie w bólach tego okropieństwa. Pomimo wysiłków nie byłam w stanie znaleźć chociażby jednego zdania, które mogłabym Wam zacytować w tej recenzji. Nie byłam nawet w stanie zmusić się do zrobienia jakiegokolwiek zdjęcia tej książce, bo najchętniej już nigdy nie brałabym jej w dłoń. Tekst stworzony przez Sławomira Fryszkiewicza nigdy nie powinien opuścić dysku twardego jego komputera, by nie ranić oczu ludzi czytających. To najgorsza książka, jaką kiedykolwiek czytałam. Przy "Zdradzonym błękicie" każda książka, jaką kiedykolwiek skrytykowałam, nagle staje się majstersztykiem. Nawet jeśli kiedyś, jakimś niewyobrażalnym cudem, autor napisałby jakiś wychwalany przez wszystkich bestseller, to ja z pewnością po niego nie sięgnę. Nigdy. Przenigdy. 
Chcę wyrzucić tę książkę z pamięci, choć wiem, że to będzie trudne, bo to najbardziej parszywa, niedopracowana, żenująca i płaska rzecz, jaką czytałam, a takie koszmary pamięta się latami.
Z całego serca, rękami i nogami, odradzam Wam tę książkę. Omijacie ją szerokim łukiem, bo szkoda Waszego czasu, Waszych oczu i nerwów. Jest tyle cudownych powieści do przeczytania, więc nie ma sensu sięgać po coś, co nawet nie zasługuje na miano gniota. Ten tekst to bełkot, który nie reprezentuje sobą nic. Nie napiszę, że autor ma potencjał, bo nie będę Was kłamać. Tu nie ma ani talentu, ani potencjału. Kompletnie nic. Zero. Null. Nie znajdziecie tutaj żadnej intrygi, żadnego romansu, żadnej przyjaźni. To opowieść o niczym. Tak bardzo o niczym, jak tylko to możliwe. Tragedia. Koszmar. Porażka. Zgroza. Tandeta. Beznadzieja. 
Moja ocena: 1/10


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Novae Res.



***

Hej! Dziś tak negatywnie, jak jeszcze nigdy nie było, lecz nie mogłam postąpić inaczej. Czy udało mi się Was skutecznie zniechęcić? :) Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach! :) Moc uścisków! :*


20 komentarzy:

  1. Jakaś tragedia...

    OdpowiedzUsuń
  2. Fakt, że autor wysłał to do wydawcy to jedno, ale gorzej, że książka została wydana... Bardzo źle to świadczy o wydawnictwie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, jakie będą nastroje w wydawnictwie po fali krytyki tej książki (bo nie wątpię po Twojej opinii, że taka nadejdzie), o samym autorze nie wspominając. Szkoda.

      Usuń
  3. Tragedia... I po co coś takiego ktoś wydaje? Self-publishing oczywiście...

    OdpowiedzUsuń
  4. To jakiś koszmar...
    Wiesz, kiedyś współpracowałam z Novae Res, ale wydają coraz gorsze książki, zauważyłaś to?

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda, że się zawiodłaś, ale i mnie ostatnio rozczarowała pewna książka. Niebawem zdradzę jej tytuł w swojej recenzji.

    OdpowiedzUsuń
  6. Też ostatnio czytałam najgorszą książkę mojego życia, ale była dużo grubsza, więc nawet trochę Ci zazdroszczę...
    Dzięki za ostrzeżenie, miałam brać tę książkę do recenzji...

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie spodziewałam się, że możliwe jest ocenienie książki na 1/10, bo ja nawet "Dopóki śpiewa słowik" dałam chyba 2 lub 3, choć była to najgorsza książka jaką przeczytałam do końca. Miała ona jednak jakąś intrygę i tajemnicę, ale jeśli tu nie wydarzyło się nic to w sumie zrozumiałe, że dostaje 1/10. W końcu nie ma tu czego ocenić.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja ją oceniłam troszkę wyżej, z racji tego, że ta książka jakiś tam potencjał ma. Ale też uważam, że to raczej streszczenie. Na pewno nie powieść...

    OdpowiedzUsuń
  9. łoł! chyba nigdy w życiu nie przeczytałam aż tak negatywnej opinii o jakiejkolwiek książce :D

    OdpowiedzUsuń
  10. O nie, za nic po nią nie sięgnę. To ja tak miałam z Więzami krwi. Brrr, to był koszmar.

    OdpowiedzUsuń
  11. Taki fajny opis...
    A książka taki badziew.
    Przecież ten pomysł miał potencjał.
    Niech ktoś inny ją napiszę.
    Co do twojej recenzji liczę na to, że słusznie ją zjechałaś :D

    http://recenzumkomiksiarza.blogspot.com/2016/08/tytuy-warte-uwagi1-ksiazki.html

    OdpowiedzUsuń
  12. Szkoda, że się aż tak rozczarowałaś. Czasami tal bywa niestety.

    OdpowiedzUsuń
  13. Przede wszystkim, masz ode mnie ogromy szacunek, za nie słodzenie książki, którą dostałaś!
    Teraz coraz mniej jest takich blogerów.
    Uśmiałam się przy twojej recenzji, doprowadziłaś mnie to łez śmiechu.
    A mogłaś ten czas poświęcić na coś lepszego ;)
    Pozdrawiam serdecznie
    http://bookparadisebynatalia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  14. uuu szkoda wielka szkoda :( pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  15. Tego to się nie spodziewałam :o Podobnie jak Ty dałam się zwieść ładnemu tytułowi i ciekawemu opisowi, choć faktycznie, trochę mnie zdziwiło, że książka jest tak krótka. Ale całkiem niedawno przeczytałam coś o podobnej objętości, co bardzo mi się spodobało, więc pomyślałam "może stron mało, a potencjał duży". A tu tymczasem taka masakra! Jestem zaskoczona, że coś takiego zostało wydane... Bo to, że autor postanowi to komuś wysłać to jedno, a drugie, że wydawnictwo się zgodziło. Na ten temat napisałabym coś jeszcze, ale nie chciałabym nikogo obrażać. W każdym razie szkoda, że tak się zawiodłaś i nic dziwnego, że masz poczucie straconego czasu. Mogę Ci jedynie podziękować za wskazówkę, dzięki której wiem, że za żadne skarby po tę książkę nie sięgnę, cenię swoje nerwy.
    Pozdrawiam,
    rude-pioro.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  16. Ojej, współczuję Ci, że musiałaś to czytać.Już zanim zaczęłam czytać recenzjei zauważyłam, że to "dzieło" ma koło 90 stron, wiedziałam, że coś musi być nie tak. Współczuję tylko pisarzowi, którego książki nie wydano, bo postanowiono wydać TO ;/
    szczerze-o-ksiazkach.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  17. Zniechęciłaś bardzo skutecznie. Powinna być możliwość odzyskania czasu poświęconego na takie "dzieło" :)

    Pozdrawiam
    House Of Books

    OdpowiedzUsuń
  18. O kurcze, co za pełna pasji recenzja. Aż czuć z niej, jak bardzo Cię ta książka zirytowała. :D

    OdpowiedzUsuń
  19. A mi żal autora książki, gdyby miał to czytać. Jednocześnie lubię czytać takie recenzje. ;) A czytałaś może "Powrót" Izabeli Sowy? Lub jeszcze lepiej "Bezdomną" Katarzyny Michalak. To jest dopiero masakra. :D

    OdpowiedzUsuń